Niedziela, 26 marca 2017 
 Tysišc i jeden drobiazgów Juliana Antonisza., 1972
autor: Andrzej Kołodyński
 

"Mam w domu Pomysłownik, gdzie spisuję wszystkie pomysły, a potem, kiedy przychodzi moment, że trzeba zrobić film, to się wyciąga taki pomysł, piszę scenariusz, rozbudowuję... Mój Pomysłownik składa się z trzech segregatorów, żeby łatwiej było wpinać te pomysły na bieżąco - bo mam też dziurkacz, dziurkuję luĄne kartki papieru i segreguję. Pomysłownik zawiera dział Ciała i dział Duszy - a w trzecim są różne takie ?mieszne wycinki z gazet, ciekawe pomysły graficzne, których się nie da zakwalifikować ani pod Ciało, ani pod Duszę. Pod Ciałem mieszczą się też pomysły mechaniczne, ponieważ konstruuję różne aparaty - jakie? pisaki niciowe, różne silniki kapacytronowe, nożyce do cięcia papieru ze wspomaganiem hydraulicznym... Są tu też aparaty do nagrywania dĄwięku, jakie? adaptery z krzywkami, które ruszają ramieniem i to je?dzi po płycie i skrzeczy... A w Duszy to się mieszczą pomysły literackie, no i nuty, melodie, które - jak mi się co? przy?ni - zapisuję na papierze nutowym..."

Julian Antonisz ma lat 31. Jest grafikiem, wynalazcą i filmowcem, nosi brodę i okulary i mówi tak wła?nie, trochę żartem, trochę serio, ale zawsze z ogromnym przekonaniem, które zmusza do uwagi. Wyszedł z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych: przedstawili?my już w naszym pi?mie jego fantastyczne rowery i dziwne pojazdy. Jako reżyser krakowskiego Oddziału Studia Miniatur Filmowych jest autorem filmów, które uznać należy za jedno z najoryginalniejszych zjawisk w naszej animacji. Na tę ocenę zasługują zresztą prace ca łego młodego zespołu, który po próbach w Pracowni Filmu Animowanego Akademii, stworzonej przez prof. Urbańskiego, zajął się zawodowo filmem. Jest ich dzi? sze?ciu: pracują w mrocznych, chłodnych komnatach jednej z zabytkowych kamieniczek przy ulicy Kanoniczej w Krakowie na niebywale prymitywnym sprzęcie, od którego jeży się włos każdemu, kto miał bliżej do czynienia z produkcją filmową. Bez przesady można powiedzieć, że robią cuda. Mówi się o nich "szkoła krakowska". Dzięki nim nasz film animowany znowu zaczyna się liczyć. I to w mocnej konkurencji - gatunek przeżywa dzi? bowiem w ?wiecie rozkwit jakby na przekór katastroficznym zapowiedziom jego końca. Film animowany wchłania telewizja, która potrzebuje masowej i konwencjonalnej produkcji dla dzieci. Na małym ekranie króluje więc Colargol, Bolek i Lolek czy Mi? Yogi, którego animacji dokonują już w wielkim przemysłowym systemie komputery. Nie ma miejsca na artystyczny film animowany: subtelne efekty malarskie i niełatwy język wymagają zupełnie innego odbioru. A przecież Norman McLaren, Piotr Kamler, czy Yoji Kuri nadal tworzą swoje filmy dla dorosłych - arcydzieła lapidarnej my?li i wysmakowanej formy. Powstaje ich wiele, ale w praktyce pozostają nieznane. Od wielu lat podbijają tylko festiwale.

W czerwcu tego roku publiczno?ć festiwalu krakowskiego znacznie żywiej reagowała na poetyckie filmy Antonisza niż na wiele solidnych i uczciwych dokumentów. W Oberhausen - na przeglądzie po?więconym przecież tematyce społecznej i politycznej, mówiło się o "rewelacyjnym odrodzeniu" fiłmowej animacji, a identyczne sformułowania powtarzają się zresztą już od dobrych paru lat. Swego czasu polska szkoła filmu animowanego była najsilniejsza w Europie. Lenica i Borowczyk tworzyli błyskotliwe, zdumiewające ?miało?cią skojarzeń filmowe obrazki, w których zawierała się paradoksalna w swojej skrótowo?ci refleksja nad sprawami najważniejszymi. Potem pierwszeństwo odebrali nam Jugosłowianie - słynna "szkoła z Zagrzebia". Rozwijała się u nas (i rozwija dalej) solidna produkcja dla dzieci, natomiast "dorosły", artystyczny film animowany zaczął niepokojąco kostnieć. Polską, specjalno?cią stały się ponure, filozoficzne opowiastki o pozornie tyłko głębokich "tre?ciach ogólnoludzkich". Przykład typowy: przez dziesięć minut działają na ekranie jakie? maszyny i dopiero ostatnie ujęcie pozwala widzowi stwierdzić, że ta orgia zniszczenia odbywa się we wnętrzu Iudzkiej Ąrenicy. Albo: u stóp kolosalnego budynku gromadzi się tłum obserwujący samobójcę, który zmienia jednak zamiar i zjeżdża bezpiecznie windą. Rozczarowany tłum rzuca się jednak na niego i zmusza do fatalnego skoku... Historyjki różne, ale oparte na tym samym schemacie narracyjnym. W obu wypadkach sens filmowi nadaje literacka pointa, której oczekiwać trzeba od samego początku. Wła?nie na takim literackim, anegdotycznym schemacie opierają się do znudzenia wszystkie niemal nasze filmy z tzw. nurtu ambitnego. Jeden tylko Daniel Szczechura stara się zdecydowanie odej?ć od fabuły - ale odwagę powiedzenia czego? nowego mają tylko jego młodsi koledzy z Krakowa. Julian Antonisz powiada o swoich filmach, że są o?wiatowymi wykładami. Dodajmy: wykładami przekornie absurdalnymi, podporządkowanymi jednak logicznej my?li.

Nagrodzony w tym roku film "Jak działa jamniczek?" zaczyna się pokazem nonsensownych urządzeń komentowanych głosem wiekowej staruszki (tak, tekst czyta podobno 90-letnia pensjonariuszka Domu Starców!) z niepowtarzalnym kresowym akcentem: "...Tak działa Kapacytron Wi?niowy - tak działa Koziówka Stalowa - tak działa Piłupdziwóla Dyfuzyjna - tak działa Elektrokapu?ciocha i inne bardzo skomplikowane wynalazki i urządzenia A JAK DZIAŁA JAMNICZEK?" I na ekranie ukazuje się dziwaczny, wydrapany igłą u ta?mie, pokryty nierównomiernie barwnymi plamami kształt długiego zwierzaka - jamniczka - nie-jamniczka: "Jamniczek w ?rodku ma kiszkę... ostatecznie wszystko co żyje ma w sobie jaką? kiszkę... Posiada trzy stany emocjonalne: może być zły, może być smutny, może być wesoły..." Czy chodzi tylko o parodię? Nie - ta absurdalna zabawa nabiera nieoczekiwanie głębokiego sensu. Ekranowa kalkulacja, która przekonuje nas, że jamniczek jest skomplikowanym i kosztownym urządzeniem biologicznym wywołuje ?miech - ale wołanie: "Nie niszczmy jamniczka, nie niszczmy Elektrokapu?ciochy!" - brzmi już dramatycznie, bo jest to wołanie artysty, który broni naturalnego ?rodowiska człowieka, broni warto?ci humanistycznych.

W filmie "Tysiąc i jeden drobiazgów" w?ród pejzażu złożonego z żelaznego złomu wędruje Pegazocentaur - wodno-futurystyczno-ułański, taki mechaniczny lajkonik skrzyżowany z syreną, symbol artysty polskiego, szukającego sensu i oparcia dla swojej sztuki. Napotyka sceny, które stanowią koleiną karykaturę wielu wypaczeń naszego współczesnego życia i staje się bezradny wobec hasła: ?honor". Surrealistyczny ?wiat Antonisza nie jest igraszką formalnych skojarzeń, ale wypełnia go żywa, aktualna tre?ć. I to jest wła?nie nowo?cią filmów w chałupniczych warunkach powstających w krakowskim studio. Są artystyczną, paradoksalną repliką spraw, nad którymi trzeba się zastanowić, jedyną w swoim rodzaju publicystyką.

Antoniszowi marzy się zresztą film robiony techniką tradycyjną. Chce razem z Franciszkiem Miecznikowskim robić lalkowy cykl o historii polskich Piastów, przenie?ć na ekran "Wandę" Norwida. Ale do tego potrzeba prawdziwej kamery, o?wietlenia, operatora wreszcie. Tymczasem zarzuca mu się, że jego filmów nie rozumieją cudzoziemcy - a cudzoziemcy kupują... Jest to argument, za pomocą którego łatwo filmy nieszablonowe okre?lić mianem nierentownych i uparcie odmawiać pracowni przy Kanonicznej wszelkiej finansowej pomocy. O tym, że nasza publiczno?ć też w końcu kupuje (choć nie za dolary), nikt dzi? jako? nie chce pamiętać...

Tekst pochodzi z wrze?niowego numeru magazynu "Ty i Ja" z roku 1972.



 
3CINEMA | Teksty| Tysišc i jeden drobiazgów Juliana Antonisza.